Po jakze stresujacej podrozy dotarlam.
Do Amsterdamu lecialam takim malusinkim samolotem co wygladal jak autobus. Przed startem wydaje mi sie ze widzialam was, rodzino i przyjaciele na tarasie widokowym, przynajmniej bardzo staralam sie zobaczyc bo wiedzialam ze bedziecie. Docierajac na lotnisko w Amsterdamie widzialam interesujacy holenderski krajobraz, oni chyba maja bardzo rozwiniety uklad melioracyjny na polach uprawnych. Prostokatne, zielone, idealnie wyznaczone pola.
Na miejscu mialam ok 2 godzin wolnego z tym ze polowe czasu zajelo mi przescie z terminalu 1 na terminal 9, bo kiedy mamo mowilas mi o transferze myslalam, ze to bedzie srodek transporu ktory zawiezie mnie do odpowiedniej czesci lotniska, niestety nie, "transfer" to tylko napis na tabliczkach za ktorym mam podazac.
Kiedy juz dotarlam na wlasciwe miesce mialam tylko pol godziny zeby sie czegos napic, o jedzeniu nie myslalam , chociaz szkola bo na odprawe poszportowa mialam sie stawic godzine przed wylotem, ktory na dodatek opoznij sie o pol godziny. Wiec kiedy w koncu juz bylam na pokladzie myslalam tylko o jeedzeniu, ktorego koniec koncow bylo pod dostatkiem. Kurczak z kapusta i warzywami, salatka, ser z krakersami, cistko, herbata, cola, woda, lody, cola, pizza, herbata, woda, cola eh, ale wszytko w wersji mini:)
Lot w sumie minal szybko, lecialy trzy filmy i jeden odcinek "jak poznalem wasza matke", a dzieki poduszeczce i kocuczkowi bylo cieplo, miekko i wygodnie.
W okolicach Bostonu zaczelo sie robic ciekawie, widzialam wielkie rezydencje wyboczynkowe, porty z wielkimi jachtami, generalnie hiclass. Potem wielkie plaze i rowniez domy, az w koncu manhatan aaa!!! :D oczywiscie z daleka ale zawsze cos, zrobilam zdjecia, jak mi sie uda to wstawie mimo ze jestem Atechniczna.
Urzednicyna lotnisku sa prze mili, brakuje im wielkich bazuk do rostrzeliwania wszystkiego co sie rusza, oczywiscie wszystko w obronie U.S. Rozmowa nie nalezala do najprzyjemniejszych, no ale jakos przezylam ten bezposredni kontakt z wrogiem.
Potem nie moglam znalezc pana drivera, spanikowana pobieglam do informacji tam panni odeslala mnie do punktu gdzie moge rozmienic drobne po to zeby zadzwonic do biura transferowego, zadzwonilam pani mnie nie rozumiala, a ja jej, koniec koncow okazalo sie ze pan na mnie czeka tylko ze troche w innym mjiejsc. Niepotrzebnie wydalam 10$ na karte telefoniczna, ale za to poznalam bardzo milego hiszpana i afroamerykanina, ktorzy pomogli mi zadzwonic :D
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
To sie nazywa Ameryka. aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa ooooooooooooooooo yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy...
Barb brak mi słów, nie wiem co napisać? Za to Ty pisz, więcej, chce więcej :)
Prześlij komentarz